|
Multimedialne stany lękowe...
W dniach 13-16 listopada Fundacja
Komunikacji Społecznej, jako jeden
z reprezentujących trzy kraje (Polska,
Ukraina, Bialoruś) partnerów oraz
inicjator przedsięwzięcia uczestniczyła
w przeprowadzonym we Lwowie
spotkaniu poświeconym
międzynarodowemu projektowi PUBlicznie
RAZEM przeciw AIDS.
Nie będę się skupiał na samym temacie
spotkania, choć wydarzenie, które chcę opisać, jest z nim poniekąd związane,
jeśli rozpatrywać je z punktu widzenia szeroko rozumianej komunikacji międzyludzkiej.
Skoncentruję się tu na sprawach
logistycznych, które również
wymagają nieprzeciętnych
zdolności komunikacyjnych, czego
dowodzi poniższa historyjka, którą ku
przestrodze i nauce kolegom
koordynatorom z pozarządówki dedykuję.
Przed rozpoczęciem spotkania okazało się, że koszty wynajęcia, niezbędnego
projektora multimedialnego (bo on jest tu głównym bohaterem) są na Ukrainie
zaskakująco wysokie. Zwróciliśmy
się do zaprzyjaźnionej firmy CamcoMedia (której niniejszym po raz kolejny dziękujemy
za pomoc) - z prośbą o wypożyczenie
go na warunkach preferencyjnych.
Udało się, za co jesteśmy niezmiernie,
wdzięczni. Jako że projektor wart jest
kilkanaście tysięcy złotych, należy zgłosić go do warunkowej odprawy czasowej na granicy, aby być w porządku wobec państwa i przestrzegać zasad ubezpieczenia.
Co uczyniliśmy sumiennie, zaraz po przybyciu na przejście graniczne Hrebenne Rawa Ruska.
Ale oto zamiast oczekiwanych
rutynowych czynności, powitał nas
niepokojący grymas na twarzy kierownika zmiany, który z lekką frustracją w
głosie wypowiedział się mniej więcej tak:
No właśnie, nie załatwiacie tego w
Warszawie, a później macie do nas pretensje,
że na granicy są kolejki.
Na nasze jak najbardziej naturalne,
niewinne, reporterskie pytanie ale o co chodzi, pan kierownik wyjaśnił, że odprawa czasowa realizowana jest w lokalnym (czyli w naszym przypadku warszawskim) urzędzie celnym i że nie ma mowy o załatwieniu
tego na przejściu granicznym.
A już zupełnie nie wiedział, co począć z faktem, że projektor nie jest własnością fundacji. Zastanowiwszy się chwilę, pan kierownik stwierdził, że niestety bez faktury stwierdzającej zakup sprzętu nie
mamy szans na uzyskanie stosownych pieczątek.
Po wysłuchaniu naszych, przyznać trzeba dość bezładnych, próśb o wskazanie innej drogi rozwiązania problemu, odesłał nas do
agencji celnych, nakazując wyrobienie
deklaracji SAD albo TP, na podstawie której wystawi niezbędne zezwolenie.
Przy tym posiłkował się przykładem
Telewizji Polskiej, która właśnie zawsze w przypadku wywozu sprzętu poza granice RP posiada dokument typu SAD. To nas
pokrzepiło i ruszyliśmy do agencji celnych.
|
W pierwszej z odwiedzonych agencji
dowiedzieliśmy się, ze nie ma szans na
pomyślne przejście przez kłopoty,
gdyż sporządzenie odpowiedniego dokumentu (typu SAD) nie jest możliwe na podstawie umowy o użyczenie. Skierowano nas więc
do drugiej agencji.
Tam, o! Radości iskro boża!, pani poinformowała nas, że owszem da się sporządzić dokument typu
TP, jednak na pewno nie na tej zmianie, gdyż kierownik już nie będzie skłonny do kooperacji, bo zmiana właśnie się kończy.
Należało więc poczekać do nowej zmiany, a następnie zgłosić się do agencji po odprawie oczekujących w kolejce trzech TIR-ów,
z którymi, jak się okazuje, mieliśmy równy status jeśli chodzi o odprawę (z jednym projektorem multimedialnym wobec np. 30 ton węgla! Ha!).
Już nawet zacząłem się zastanawiać,
na ile semestrów załatwić sobie urlop dziekański.
Z drugiej strony, zastanawiało nas, czy
Urząd Celny w Hrebennem jest uprzywilejowany
w stosunku do placówek wewnątrz kraju, to
znaczy czy gdybyśmy wypożyczyli projektor
2 km od Hrebennego, to czy trzeba byłoby
jechać w celu odprawy do Warszawy, bo
tam mamy siedzibę? Takie złośliwe
próby samoobrony...
W efekcie tych budzących uśmiech
politowania rozmyślań wpadliśmy
jednak na zbawienny pomysł, że projektor jest przecież używany i może kosztować np. mniej niż 2000 euro, co zwalniałoby
nas z obowiązku jakiejkolwiek odprawy.
Zatrudniliśmy więc koleżankę, by sprawdziła
w internecie przeciętne ceny
używanych projektorów.
Uzyskaliśmy satysfakcjonujące i jakże
pożądane informacje. Popędziliśmy z
tym do kierownika, już nowej zmiany, który
przyjął informację z godnością iście
carską i zapewnił, że możemy spokojnie jechać.
Dodał też przychylnie, ze jeżelibyśmy
chcieli załatwić wszystko zgodnie z przepisami, to niezbędne byłoby wezwanie do Hrebennego przedstawiciela firmy użyczającej
(4-5 godzin jazdy ze stolicy) lub trwające średnio tydzień załatwienie wszystkich formalności na miejscu, czyli w W-wie.
W każdym razie odjechaliśmy
wyraźnie podbudowani, ale i z lekkimi
objawami odnośnie przygód na granicy
ukraińskiej, które na szczęście okazały się płonne - potraktowano nasz projektor, jako własność prywatna i zwolniono z wszelkich formalności celnych.
Tut i piesienkie kaniec, jak mawiaja
Rosjanie, natomiast z całej opowieści
wynika, że służby celne, nie są zaopatrzone w przejrzyste lub choćby pozwalające na w miarę przewidywalną interpretację przepisy, zaś obywatel po zetknięciu się z nimi skazany jest na długie peregrynacje urzędowe
lub odpowiednią dawkę szczęścia w
postaci udanego kontaktu osobistego. Jak na Unię Europejską, XXI wiek i w ogóle matrix to słabo...
Aleksander Horodecki
(o kilka lat starszy) koordynator logistyczny projektu PUBlicznie RAZEM przeciw AIDS
|